| To ostatni moment, żeby opracować strategię działania |
|
|
|
|
Z Andrzejem Gantnerem, dyrektorem generalnym Polskiej Federacji Producentów Żywności, rozmawia Monika Olszewska Porozmawiajmy na początku o ciągłym wzroście cen żywności, który odczuli już chyba wszyscy. Wyjaśni nam Pan powody? Powodów jest kilka, chodzi również o kilka nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Zaczęło się w 2001 roku, kiedy Unia Europejska, mając na uwadze dość duże zapasy zbóż, stwierdziła, że trzeba to zmienić. Powstał szereg rozwiązań, między innymi kompletnie oderwany od rzeczywistości pomysł dopłat nie do produkcji, ale do ziemi. Kolejny pomysł to kwoty, czyli sztuczne ograniczanie produkcji rolnej...
Do tych rozwiązań dodano kolejny, czyli wsparcie przetwórstwa surowców rolnych na biopaliwa. Przemysł biopaliwowy zaczął się szybko rozwijać i już w roku 2006 pojawiły się pierwsze oznaki nadciągających problemów. Wystarczyły trzy lata, żeby przejść z w miarę stabilnego rynku do obecnej niestabilnej sytuacji. Do tego kompletu planowych działań dołożyły się siły wyższe, czyli susze powtarzające się od wielu lat oraz ogólny wzrost konsumpcji żywności na świecie. Przy tym okazało się, że 50% tego wzrostu stanowią biopaliwa. Zapasy spadły do zera, mamy rynek niedoboru, co stało się impulsem do zachowań spekulacyjnych, które dodatkowo podbiły ceny. W tej chwili Bank Światowy twierdzi, że nawet w 75% biopaliwa są odpowiedzialne za wzrost cen żywności, a zatem pogłębienie się obszarów nędzy i głodu na świecie. Czy wobec takich danych Unia zmienia swoje stanowisko wobec biopaliw? Niepokój powinno budzić to, że oprócz dziwnych, nic nie mówiących rezolucji na temat: jak to byłoby dobrze, gdyby ceny spadły, Komisja Europejska nic nie zamierza z tym zrobić. Dalej podtrzymuje twierdzenie, że trzeba utrzymać 10-procentowy udział biopaliw, mimo że teraz mamy 2% i już widzimy ich negatywny wpływ na równowagę rynków rolnych. Weźmy chociażby ceny rzepaku: olej rzepakowy z 3,40 wzrósł do 6 złotych, a w ciągu najbliższych kilku miesięcy cena znowu wzrośnie, bo część produkcji wyjedzie do Niemiec na biopaliwa. My konsumenci dopłacimy do tego podwójnie; z jednej strony do tego, żeby Niemcy mogli jeździć na własnych biopaliwach, a z drugiej dopłacamy w cenach żywności. Wygląda na to, że Komisja Europejska ciągle nie do końca rozumie powagę sytuacji, aczkolwiek pojawiają się pewne sygnały i dyskusje, które jeszcze dwa lata temu nie mogły mieć miejsca, kiedy to temat biopaliw nie był tematem gospodarczym, a politycznym. Teraz głosów sprzeciwu wobec biopaliw pierwszej generacji jest coraz więcej, również w poszczególnych agendach Komisji Europejskiej. Pojawiają się głosy o zmniejszeniu celu wskaźnikowego do 8% i zaprzestaniu dotowania przerabiania żywności na biopaliwa. W tej chwili rolnik, który produkuje rzepak i ma kontrakt z odbiorcą biopaliwowym, ma dodatkowe 45 euro od hektara dopłaty. A więc powstaje pytanie, czy presja społeczna związana z pogarszającymi się warunkami życia zmusi polityków, aby zajęli się na poważnie analizą przyczyn tak gwałtownych zwyżek cen, jakie mieliśmy w roku 2007 i podejmie kroki w celu stabilizacji rynków rolnych?. Jeszcze rok temu nikt się nie chciał przyznać, że żywność ma wpływ na inflację. Dopiero po pół roku wszyscy się obudzili i spostrzegli, że żywność jest silnym impulsem inflacyjnym, którego nie da się załagodzić podwyżkami stóp procentowych. Myślę, że przed nami dosyć trudne cztery ? pięć lat rozchwiania rynku. Lat prawdopodobnie trudnych również dla rolników, którzy zupełnie niespodziewanie mogą napotkać na zmniejszenie popytu na niektóre surowce, ze względu na zmniejszenie się popytu konsumenckiego (w tym eksportu) lub odejście w kierunku produktów tańszych ? w tym tych, do produkcji których zużywa się mniej surowców rolnych. Paradoksalnie wywindowanie cen w roku 2007 może przynieść rolnikom wymierne straty w roku 2008, gdyż popytu nie da się odbudować w tydzień. Jak duży mamy w Polsce udział biopaliw w produkcji rolnej? W Polsce około 3% upraw jest przeznaczanych na biopaliwa, czyli teoretycznie niedużo. Ale zapomniano, że oprócz tego biopaliwa skonsumowały również zapasy. I tu pojawia się problem. Tak naprawdę nigdy nie było zrównoważonej gospodarki surowcami rolnymi na świecie, ale zabranie tych kilku procent z obiegu żywnościowego spowodowało, że cały system się wywrócił. I zanim wróci do równowagi, czeka nas spore ograniczanie popytu i zaciskanie pasa. Czy jest jeszcze szansa, że ceny wrócą do równowagi? Nie sądzę, żeby ceny znacząco spadły, może w niektórych kategoriach i tylko chwilowo. Ale już teraz widzimy owoce i warzywa, których miało być bardzo dużo i teoretycznie jest, ale nie wygląda na to, żeby ceny przetworów miały spadać, raczej mogą dalej rosnąć. To błędne koło inflacji: ponieważ zdrożała żywność, mamy żądania płacowe, a więc wzrastają koszty i znów rosną ceny. Żeby ten krąg przerwać, musi być recesja. Wzrost bezrobocia, obniżka żądań płacowych, spadek popytu. Ale to są bardzo bolesne perspektywy. Jaka jest wobec tego polityka naszego Ministerstwa Rolnictwa? O biopaliwach wciąż mówi się w pozytywnym sensie? Odnoszę wrażenie, że brak jest merytorycznej dyskusji w tym temacie. W ostatnim czasie ukazało się sporo dużych raportów dotyczących wpływu biopaliw pierwszej generacji na rynki surowców rolnych oraz na całą unijną gospodarkę. Z raportów tych jasno wynika, że o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby produkowanie biomasy do procesów stacjonarnego uzyskiwania energii. Stacjonarne spalanie, to prawie 40% zużycia paliw kopalnianych i trzy razy większa wydajność w uzyskiwaniu energii w porównaniu z użyciem biopaliw w transporcie, więc rozwinięcie tej technologii przyniosłoby olbrzymie korzyści zarówno rolnikom, jak i całemu społeczeństwu. Szczególnie, że biomasę można produkować z roślin nie przeznaczonych na żywność oraz, co jest szczególnie ważne, z roślin rosnących na glebach słabych i bardzo słabych. W tym kontekście nie rozumiem tego uporu co do biopaliw pierwszej generacji. W czerwcowym biuletynie Ministerstwa Rolnictwa zostało wyraźnie napisane, że jedną z przyczyn wzrostu cen żywności są biopaliwa. Odnoszę wrażenie, że chodzi wyłącznie o polityczne przypodobanie się rolnikom, a nie o wypracowanie i wspieranie najlepszych pod względem ekonomicznym i społecznym rozwiązań. Warto jednak się zastanowić, czy zadowolenie nawet miliona rolników jest warte niezadowolenia pozostałych trzydziestu sześciu milionów ludzi. Na pewno minister rolnictwa i cały rząd będzie musiał to w pewnym momencie rozważyć. Chyba nawet prezydent Bush, kiedy zauważył, jak bardzo wzrosły ceny kukurydzy, zrewidował swoje poglądy dotyczące biopaliw? Mam wrażenie, że rząd Stanów Zjednoczonych o wiele uważniej słucha głosu własnego społeczeństwa niż władze Unii Europejskiej. U nas pokutuje od dziesięcioleci system demokracji oderwanej od rzeczywistych problemów i opinii społeczeństw. W Europie to politycy i urzędnicy decydują za nas co jest dla nas dobre, a co nie. W Stanach słuchają społeczeństwa, bo jego niezadowolenie przekłada się na realne wyniki wyborów na każdym szczeblu władzy. Myślę, że oni bardzo szybko wycofają się ze swoich celów biopaliwowych. Szczególnie, że mieli ogromne powodzie i szacuje się, że około 50% zbiorów kukurydzy po prostu popłynęło. Nie wyobrażam sobie, żeby w tej chwili rząd Stanów Zjednoczonych powiedział swojemu społeczeństwu: słuchajcie, tak czy inaczej będziemy dalej przerabiać żywność na paliwo na dotychczasową skalę. Nawet względy proekologiczne, o których dużo mówiło się w kontekście biopaliw, teraz wydają się absurdalne, biorąc pod uwagę, że ma miejsce wycinanie hektarów lasów amazońskich pod uprawę trzciny cukrowej z przeznaczeniem na bioetanol? Dokładnie. Jest kilka znaków mówiących, że biopaliwa są prawdopodobnie ślepą uliczką. Pierwszy, to wyniszczanie środowiska naturalnego. Coś, co miało być proekologiczne, okazało się bardzo szkodliwe dla natury. Lasy amazońskie są tego przykładem. Kiedyś wycinano je, żeby produkować cukier. W tej chwili są niszczone, żeby produkować etanol, który jest potem spalany w silnikach. A chyba nikogo nie trzeba przekonywać o kolosalnym znaczeniu tych lasów dla całego klimatu. Myślę, że emisja dwutlenku węgla przy użyciu normalnych paliw to nic w porównaniu z tym, co stanie się ze środowiskiem, kiedy te lasy znikną. Druga rzecz to ogromny problem z wodą, której mamy przecież za mało. A do produkcji pięciu litrów bioetanolu potrzebujemy 10 tysięcy litrów wody! Biorąc pod uwagę, że nawet w Polsce mamy niekorzystny bilans wód, a na całym świecie występuje powszechne zjawisko suszy, to obrona biopaliw pierwszej generacji wydaje się kompletnie nielogiczna z punktu widzenia ekologicznego. A trzecia, najważniejsza konsekwencja jest taka, że w krajach biednych, które już wiedzą, że bogata Unia, żeby spełnić swój biopaliwowy cel, będzie musiała część surowców zaimportować, giną uprawy pod żywność na rzecz upraw pod biopaliwa. Tam jest tania siła robocza, mnóstwo relatywnie taniej ziemi, więc po co produkować żywność, skoro biopaliwa są tak opłacalne. A to, że umrze kilka czy kilkanaście milionów ludzi z głodu? No cóż?. Co więcej, społeczeństwo nie jest w pełni informowane o skutkach ekologicznych i społecznych obecnie prowadzonej polityki. Dopiero teraz powstały raporty mówiące o tym, że straty spowodowane produkcją obecnego typu biopaliw są o wiele większe niż potencjalne korzyści. Nawet to, co mówią zwolennicy biopaliw o powstawaniu nowych miejsc pracy, jest nieprawdą. Po dokonaniu kompleksowej analizy wiemy, że przy negatywnych skutkach gospodarczych, o których mówiłem, miejsc pracy nie przybędzie. Co czeka nas zatem jeśli chodzi o przyszłość branży spożywczej? Pewnie nie będzie się rozwijać tak szybko, jak do tej pory? Myślę, że apogeum przeżyliśmy w 2007 roku, a w tym roku prawdopodobnie czeka nas spadek. Na początku pewnie nie taki dramatyczny, ale spadki w gospodarce zawsze zaczynają się od małych ruchów, a kiedy przekroczy się pewną granicę, bardzo ciężko jest wrócić do poprzedniego poziomu. Dlatego tak bardzo apelujemy do rządu polskiego: to jest ostatni moment, aby cokolwiek zrobić. Niedługo staniemy naprzeciwko ogromnej globalnej konkurencji, bo musi dojść do porozumienia w obrębie WTO. I co wtedy? Czy będziemy w stanie walczyć o obce rynki, czy staniemy się krajem, który będzie zalewany przez zagraniczne produkty? Nawet w Rosji, która wydaje się dla nas idealnym rynkiem zbytu, w ciągu ostatnich lat powstał ogromny przemysł, w tym przemysł żywnościowy. Strach pomyśleć co będzie, kiedy dojdą do wniosku, że warto zacząć eksportować. To jest naprawdę ostatni moment, żeby rząd z nami usiadł i pomyślał, gdzie i jakie zmiany wprowadzić, żebyśmy byli konkurencyjni. Jakie zmiany są potrzebne? Przede wszystkim rząd polski powinien stwarzać dobre warunki dla przedsiębiorców, żeby mogli na obcych rynkach promować swoje produkty. Chodzi o znoszenie barier administracyjnych, ułatwienie dostępu do kredytów, wspieranie przedsiębiorców w zakresie bezpieczeństwa obrotu finansowego, a przede wszystkim chcielibyśmy, żeby rząd działał systemowo i kompleksowo na rzecz ekspansji polskiej żywności. Dopóki nie ma takiego systemu, możemy powiedzieć, że rząd nie wspiera eksportu polskiej żywności. Co więcej, żaden rząd przez ostatnie kilka lat nie stworzył długofalowej strategii gospodarczej dla przemysłu żywnościowego, a tak naprawdę dla całej gospodarki żywnościowej, w tym również dla rolnictwa. Taka strategia jest bardzo ważna. To wyznaczenie kierunków: jakie kraje, jakie rynki, branże, produkty warto promować i wspierać. Jakie środki administracyjne należy podjąć, aby zmniejszyć ryzyko inwestycyjne i eksportowe. Potrzebna jest ocena szans i zagrożeń dla polskiej gospodarki żywnościowej w ciągu najbliższych siedmiu ? ośmiu lat. Dopóki nie ma tego dokumentu, to wszystkie działania, projekty, dokumenty, promocje są działaniami na ślepo, z zagrożeniem, że nie przyniosą żadnego pożytku, a konkurencja niestety nie śpi. A szersze prognozy dotyczące sytuacji gospodarczej? Moim zdaniem potrzeba około pięciu ? sześciu lat, żeby rynki surowców rolnych stały się stabilne. Oczywiście, jeśli wycofamy się z niektórych pomysłów, takich jak przerabianie żywności na paliwo, czy sztuczne ograniczanie produkcji surowców. I do tego momentu, jak również do momentu, kiedy będziemy wiedzieli, co się stanie ze złotówką, czy będziemy mieli euro, czy nie, nie możemy liczyć na mocną tendencję zwyżkową. Dobrze będzie, jeśli uda nam się utrzymać to, co mamy w tej chwili. Aczkolwiek myślę, że jednak dojdzie do zmniejszenia się eksportu i pogorszenia wyników finansowych całego sektora. Część firm już wycofuje się z eksportu ze względu na jego rosnące koszty. Zaczynamy tracić zagraniczne rynki, więc jakaś część towarów trafi z powrotem na rynek krajowy, będzie bardzo silna konkurencja, będą się pogarszały warunki ekonomiczne funkcjonowania firm, co może spowodować, że część małych i średnich przedsiębiorstw po prostu ich nie wytrzyma. Czyli jeśli nic się nie zmieni w najbliższym okresie, będziemy mieli do czynienia z klasyczną recesją: z jednej strony duży napływ towarów na rynek, z drugiej nie zwiększający się popyt. W konsekwencji nastąpi zamknięcie części zakładów. Przy wzroście cen surowców pozarolniczych oraz płac, inflacja może być nadal wysoka, a to wszystko przy słabnącym wzroście gospodarczym. Dziękuję za rozmowę. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|